Back to the Beginning to nie był zwykły koncert
Wid. i fot. Krzysztof Piszko
To było epickie, symboliczne zamknięcie pewnej ery — i to dokładnie tam, gdzie wszystko się zaczęło, czyli w Birmingham — mieście uznawanym za kolebkę heavy metalu.
Za organizacją stał gigant Live Nation, a za sterami artystycznymi — Tom Morello. To on poukładał ten line-up i nadał całości kierunek: aby pokazać, jak ogromny wpływ Black Sabbath i Ozzy Osbourne mieli na kolejne pokolenia — od klasycznego heavy metalu po jego nowoczesne, często bardziej ekstremalne odmiany.

Na scenie absolutna światowa czołówka
Metallica, Guns N’ Roses, Tool, Alice in Chains, Zakk Wylde, Slayer, Gojira, Mastodon i wielu innych. Ale to, co działo się pomiędzy koncertami, było czystym fanservicem dla fanów ciężkiego grania — specjalnie tworzone składy złożone z takich nazwisk jak Tom Morello, Yungblud, Billy Corgan, K. K. Downing, Jake E. Lee, Jack Black, Chad Smith, Eloy Casagrande, Sammy Hagar, Adam Jones czy Tobias Forge. Totalnie kosmiczna ekipa — trudno wskazać drugie takie wydarzenie, które zgromadziło tylu wielkich muzyków w jednym miejscu. Nie sposób też wymienić wszystkich — lista jest po prostu zbyt długa, więc odsyłam do pełnego zestawienia.

Finał?
Wiadomo — należał do Ozziego. Villa Park wypełnione po brzegi, a na scenie gość, który mimo bólu i zdrowotnych problemów dalej wychodzi i robi robotę. Bez półśrodków. Bez kalkulacji. Nawet kosztem własnego komfortu — byle tylko dowieźć wokal na poziomie, którego wszyscy oczekiwali.

I właśnie dlatego ten koncert to coś więcej niż widowisko. To był powrót do źródła — i jednocześnie świadome zamknięcie historii jednej z najważniejszych kapel w dziejach muzyki. Legendy, która zaczęła się w Birmingham
i tam też postawiła kropkę.
A jeśli chcesz poczuć to jeszcze mocniej — zobacz tę historię oczami chłopaków ze Slavemind, metalowego zespołu, który uwielbia bawić się rytmem. Z dwóch perspektyw: Krzysia, który był tam na miejscu i przeżył to na własnej skórze, oraz Kapała, którego dosłownie sekundy dzieliły od zdobycia biletu. Ostatecznie razem z resztą ekipy śledzili globalny livestream — dokładnie tak jak my, Wajbzz.

