Jeśli chcesz poczuć zapach drewnianej beczki, posłuchaj Mama Morphine
Barrel Aged, czyli ostatnie wydawnictwo zespołu, 11 kwietnia skończyło rok. I może to zabrzmi kontrowersyjnie, ale lubię kiedy krążki zaczynają się starzeć razem z zespołem. Budują jego genezę, opisują starania, kolejne etapy i zostawiają po sobie coś więcej niż tylko kilka numerów wrzuconych do Internetu. Z czasem tworzy się historia, a historia zawsze działa na korzyść kapeli. Kumuluje jej bogactwo, doświadczenia i muzykę, która zostaje z ludźmi na dłużej.

Fot. Bartłomiej Różycki
Lubię oglądać i słuchać zespołów doświadczonych
Właśnie doświadczonych, a nie „profesjonalnych”, bo o profesjonalizmie nie świadczy obecność w telewizji ani wielkie sceny, tylko przeżycia, czas i droga, którą zespół przeszedł. Trochę jak z alkoholem zamkniętym w drewnianej beczce — im dłużej leżakuje, tym lepiej smakuje. Im bardziej klasyczny hard rock, tym wydaje się prawdziwszy.
I chyba właśnie dlatego koncerty Mama Morphine działają tak dobrze. Idąc na ich występ, czujesz się prawdziwie. Do takiego stopnia, że chce Ci się tańczyć, krzyczeć „jesteście zajebiści”, a czasem nawet polecieć w głębsze emocje i bez żadnego wstydu całować drugą osobę w rytm pełnych, ostrych gitar i przebojowych numerów. Jest w tym wszystkim coś bardzo naturalnego. Nic nie wydaje się wymuszone.

Jak powiedział Bartłomiej Wierzba, jeden z fotografów zeszłorocznego Wajbzzfest! 2025: „Prawdziwość jest tam, gdzie jest pasja, zaangażowanie oraz miłość do tego, co się robi”. I dokładnie taki wajb było tam czuć. Muzycy zachowywali się swobodnie, tłum był radosny, ale jednocześnie bezkompromisowy, a sama muzyka balansowała gdzieś pomiędzy dobrą zabawą a lekkim szarpnięciem brudu i rock’n’rollowego chaosu. Szczerze? To chyba jedna z najlepszych etykiet, jakie można dziś przypiąć współczesnemu hard rockowi. A to, co Wierzba dodał na koniec, chyba najlepiej podsumowuje to wszystko: „Lubię fotografować prawdziwe rzeczy”.
Muzyka powstała dla rozrywki
Powiedział mi o tym kiedyś Kosa — jeden z gitarzystów Mama Morphine — podczas reportażu dla kanału Wajbzz, kiedy rozmawialiśmy o historii muzyki i tym, czym dawniej był rock’n’roll. I wystarczy spojrzeć na jego sceniczną energię, żeby zrozumieć, że nie były to puste słowa. To właśnie ten facet w cylindrze, widoczny na zdjęciach w galerii u góry strony. Gość, który bez większego problemu łączy sceniczną charyzmę z bardzo konkretnymi umiejętnościami gry na gitarze.

Fot. Bartłomiej Różycki
Ale dobra zabawa to nie tylko koncertowe show. Miałem okazję towarzyszyć chłopakom podczas nagrywania ich EP-ki w Jupiter Ranch Studio, niedaleko Wrocławia. I właśnie tam zobaczyłem, skąd bierze się ten klimat. Pod okiem Pitera — właściciela, producenta i realizatora studia — powstawało coś bardzo szczerego. Po prostu kilka osób zamkniętych w miejscu, które sprzyja tworzeniu, próbujących zrobić materiał, z którego będą dumni.
I chyba właśnie to
udało im się
osiągnąć

Fot. Bartłomiej Różycki
Bo ta płyta nie powstała wyłącznie z umiejętności. Powstała z energii kilku różnych charakterów, wspólnej zajawki i atmosfery, którą trudno podrobić. Piter ma w sobie coś, co pozwala ludziom otworzyć się nawet wtedy, gdy widzi ich pierwszy raz w życiu. A to jest sztuka. Dać muzykom przestrzeń, w której mogą naprawdę wyrazić siebie.



Fot. Bartłomiej Różycki
Ale wracając do sedna — niżej możecie zobaczyć ich występ podczas zeszłorocznego Wajbzzfest! 2025, który mieliśmy ogromną przyjemność organizować we wrocławskim klubie Łącznik. Fajnie ogląda się dziś te emocje ze świadomością, że wszystko zaczęło się po prostu od kilku wymienionych maili i reportażu, który stworzyliśmy razem z chłopakami. Czasami właśnie z takich małych rzeczy rodzą się relacje, koncerty i historie, które później naprawdę coś znaczą.







