Poznaliśmy Johna Dolmayana

podczas światowej trasy System of a Down
Fot. Wajbzz
Bartłomiej Różycki i współtwórczyni wajbzz.com podczas spotkania Meet & Greet z Johnem Dolmayanem – perkusistą System of a Down – w Warszawie, 18 lipca 2026 roku. Zdjęcie wykonano podczas promocji komiksu „Ascencia: The Talisman Saga” autorstwa Johna Dolmayana.

Quality thing

18 lipca ruszyliśmy do Warszawy na PGE Narodowy, gdzie przeżyliśmy jeden z najbardziej intensywnych i ekscytujących dni w naszym życiu. Na miejscu czekało nas monumentalne muzyczne widowisko – tysiące gardeł śpiewających ponadczasowe hity System of a Down, nieustanny headbanging i energia, która nie odpuszczała ani na moment. Wieczór uzupełnił porywający występ Queens of the Stone Age oraz mocne, ciężkie otwarcie w wykonaniu Acid Bath.

Jakby tego było mało, w sumie nawet nie wiem, jak to określić – bo to chyba już kolejna wisienka na tym widowiskowym torcie – poznaliśmy Wielkiego Johna Dolmayana, wieloletniego perkusistę SOAD-u, który w ramach spotkania „meet & greet” promował podczas światowej trasy z zespołem swoje najnowsze komiksowe wydawnictwo

„Ascencia: The Talisman Saga”

Kolejka była długa, pogoda nie rozpieszczała, podejrzewam, że wszyscy byliśmy zmęczeni, a później przemoczeni jak cholera, a mimo wszystko nawet na chwilę nie spadała ekscytacja, ani nam, ani Johnowi.

Bo to wbrew pozorom bardzo miły człowiek. Pozorom? A takim, że raczej kojarzony jest z wizerunkiem surowego mięśniaka, który nie uznaje półśrodków, często wydając się nawet człowiekiem… sztywnym, upuszczającym emocje w sposób agresywny? Jest taki jego koncert z końcówki lat 90′, kiedy podnosi perkusje i wali nią o ziemię pod jego koniec. Po co? Nie wiem, ale na pewno pokazał, że ma krzepę.

Ale wracając – wysłuchał nas, porozmawiał z nami, przyjął prezent, obejrzał go przy nas, skomentował szczerym, ciepłym słowem, zrobił sobie z nami zdjęcia, uścisnął dłoń i przytulił… No poszłoby się z nim na bezalkoholowe. No poszło!

Młode pokolenie SOADu

W tym materiale poznasz również Olka i Krzyśka – syna i ojca – którzy wspólnie pielęgnują swoją muzyczną pasję. Olek to przedstawiciel młodego pokolenia fanów System of a Down. Poznał ten legendarny zespół, będąc jeszcze 14-latkiem.

To właśnie niepohamowana muzyczna ciekawość skłoniła go najpierw do zakupu ich albumu, a później do poszerzania swoich horyzontów o coraz mocniejsze gatunki muzyczne. Tato Krzysztof, nie zatrzymując syna, wspiera go – jak wspomniał w materiale – kupując mu kolejne zestawy strun do gitary, na której Olek łupie.

A co do samych występów?

Acid Bath totalnie mnie nie porwał, chociaż bardzo chciałem poznać i polubić ten zespół. Między innymi od Olka dowiedziałem się, że to wieloletnia kapela, która potrafi mocno uderzyć. Publiczność pod sceną im dopisała i gorąco dopingowała ich podczas występu, mimo to ja nie poczułem pozytywnego feedbacku płynącego ze sceny. Grali naprawdę dobrze, ale nie zapamiętałem żadnego utworu. Być może dlatego, że zamiast w tłumie siedziałem na dolnych trybunach w sektorze C02.

Prawdopodobnie z powodu niepisanych zasad ich wizualizacje były bardzo oszczędne. A może po prostu miały być bardziej niewyraźne i przesterowane niż te wyświetlane podczas koncertów Queens of the Stone Age i System of a Down. Siedząc nieco dalej, byłem ciekawy, jak wyglądają, ale w sumie niewiele dało się z nich dostrzec.

W każdym razie godnie stanęli na scenie przed gigantami, nie popełniali błędów, porwali tłum, a to w dzisiejszych czasach wcale nie jest proste. Pełen szacunek.

Naturalny geniusz

QOTSA? To było mega pozytywne zaskoczenie. Chciałbym powiedzieć, że Joshua Homme to wrodzony talent muzyczny, ale wolę stwierdzić, że po prostu zajebiście gra i jest świetnym kompozytorem. Wygląda na to, jakby urodził się z tymi umiejętnościami – wszystko, co robi na scenie, wydaje się niezwykle naturalne.

Nie znałem wcześniej Queens of the Stone Age na żywo, jedynie z kilku flagowych numerów, koncertów oglądanych na YouTube oraz współprac Josha z innymi projektami. Widziałem między innymi ich ostatnie występy, które nie zachęcały mnie setlistami – były znacznie spokojniejsze od tego, czego doświadczyliśmy 18 lipca na PGE. I BARDZO DOBRZE!

Nie dla mnie Joshua w roli amanta, na którego poleciałaby każda rozsądna kobieta (uczciwie przyznaję – gość wygląda bardzo dobrze). Takie właśnie koncerty wcześniej oglądałem – trochę zbyt wygładzone i „pod publiczkę”. U nas wyszedł na scenę i dał czadu. Po prostu. Nie oszczędzali na brzmieniu, nie ograniczali głośności, a oldschoolowe wizualizacje robiły na mnie gigantyczne wrażenie. Notabene… czy to było AI? Fraktale, ta dziwna konstrukcja przypominająca ekspozycję z uniwersum Obcego – petarda.

Doskonały koncert, doskonała ekipa, doskonała realizacja kamer, same hiciory. Poszedłbym jeszcze raz. Lubię ich jeszcze bardziej. Joshua to po prostu kozak… choć przyznam, że zastanawiałem się

czy nie był lekko nabombiony?

Lekarstwo na przebodźcowanie

No i crème de la crème. Uwaga, przeczytaj, zanim zażyjesz – przez znaczną część swojego życia byłem psychofanem System of a Down. Widziałem ich już trzy razy – w 2013, 2017 i teraz. I o ile o wcześniejszych koncertach bym tego nie powiedział, o tyle teraz stwierdzam z pełną odpowiedzialnością – to najlepszy koncert, na jakim byłem.

Spieszę z wytłumaczeniem. Dzisiaj naprawdę trudno skoncentrować swoją uwagę przez półtorej godziny. Nawet na rzeczach, które się lubi, uwielbia, a nawet kocha – sami dobrze o tym wiecie. I tutaj wjeżdża czarny rumak – Daron Malakian. Gość, który niegdyś kojarzony był jako jeden z najbardziej nietuzinkowych gitarzystów heavymetalowych ever, niestandardowy kompozytor i współtwórca System of a Down, dzisiaj jest jednym z najlepszych scenicznych wodzirejów, jakich widział świat.

Wiecie – każda sceniczna persona ma swoje cechy. Każdy, kto wychodzi na tak wielką scenę, musi mieć w głowie przygotowany scenariusz, albo przynajmniej jego zarys. Musi wiedzieć, kim chce na niej być. Hetfield będzie tym gościem, na którego domówkę chce się iść. Dickinson pokazuje, jak bardzo jest sprawny jak na swój wiek. White III kolejny raz w lekko naburmuszony sposób udowodni Ci, że nawet z klaskania zrobi hit, a Forge, niczym operowy duch, spróbuje przejąć Twoją wrażliwą duszę.

Malakian jest po prostu zabawny. To nie jest już ten nakoksowany gościu z gołą dupą, który wygania spod sceny tłum fotografów. To przezabawny, piekielnie inteligentny i niezwykle doświadczony mówca, który doskonale wie, co powiedzieć 60 tysiącom ludzi. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że momentami jest świetnym aktorem (nawiasem ma na koncie choćby dubbing w jednej z kreskówek Adult Swim, gdzie wcielił się w szalonego szejka). Potrafi udawać, rozbawić, ale też złapać za serducho i udowodnić swoimi – na dzień dzisiejszy – doskonałymi umiejętnościami gitarowymi i wokalnymi, że warto go słuchać.

Bo dzięki niemu, ale też oczywiście całej ekipie – Serjowi, Shavo i Johnowi – czujesz się, jakbyś wrócił do domu z przełomu lat 90. i 2000. I nie chcesz z niego wychodzić. Czujesz zapach obiadu przygotowywanego przez mamę, na 14-calowym kineskopowym telewizorze lecą numetalowe teledyski, w dłoni trzymasz kakao, komputer rzęzi, radio gra, magnetofon wciąga kasetę, przez co ATWA z Toxicity leci od tyłu.

Scenografią Systemu są ludzie

Ale nie chodzi tu tylko o nostalgię. System of a Down, dzięki swoim hitowym numerom, nieustannie zmieniającym tempo i dynamikę, jest lekarstwem na dzisiejsze przeboźcowanie i ADHD współczesnego odbiorcy. Nie znudzisz się, nie oderwiesz wzroku. Będziesz się bawił, tańczył, zachwycał, śmiał, a może nawet wzruszał. A pomiędzy tym wszystkim usłyszysz coś, co wyda Ci się mądrym manifestem. Moshpity podczas „Toxicity”, tysiące światełek na „Lonely Day”, kołyszące się dłonie podczas „Lost in Hollywood”, skakanie pod sceną przy „Bounce”… i wiele więcej. Oni nie potrzebują teatralnej scenografii. Ich scenografią są ludzie.

Monument System of a Down zaczął powstawać lata temu, rozwijał się przez kolejne dekady, a dziś podbija świat, gromadząc setki tysięcy ludzi na stadionach. To niewymuszony monument. Być może nie dorównuje Metalllice czy Kiss pod względem gadżetów i PR-u, ale moim zdaniem nie ma sobie równych w rozhuśtywaniu, bujaniu i trzęsieniu ludzkimi emocjami.

A właśnie tego dzisiaj najbardziej nam brakuje