GMOH

w klubie Alive, Wrocław 2026
Fot. Piotr Tubis
Marcin, wokalista zespołu GMOH, wykonuje utwór podczas koncertu w klubie Alive we Wrocławiu. Niebieskie światło sceniczne, dynamiczna poza i ekspresyjny śpiew oddają energię występu blackened death metalowej formacji.

Ze smoły utkane

Receptura:

• garść growlu,
• szczypta screamu,
• potężne riffy,
• gęsty bas,
• podwójna stopa lub solidny groove – w zależności od preferencji.

Mieszać szybko powoli.
Nie rozjaśniać.
Pozwolić… by zgęstniało.

Jest w języku polskim niewiele słów, które dobrze opisują brzmienie GMOH. Jednym z nich jest… smoliste. Nie dlatego, że jest czarne. Dlatego, że płynie. Jest ciężkie. Gęste. Lepkie. Nie uderza krótkim ciosem.

Powoli Cię otacza.

Nie wszystko, co brzmi agresywnie, ma budzić agresję

To jeden z największych paradoksów ekstremalnego metalu. Z zewnątrz wydaje się nieprzystępny – głośny, ciężki, wręcz przytłaczający. Wielu słuchaczy słyszy jedynie growl, scream czy mocną gitarę. Dopiero kiedy zostaną z tą muzyką na dłużej, zaczynają dostrzegać to, co od początku było ukryte pod jej powierzchnią… Melodię, groove, przestrzeń… Atmosferę. Koncert zespołu GMOH jest właśnie takim doświadczeniem.

Już pierwszy utwór nie próbuje nikogo przekonać na siłę, a mimo to stał się jednym z najbardziej charakterystycznych numerów GMOH. To idealne połączenie melodii i mroku. Riff prowadzi kompozycję z wyczuciem, a wokal Marcina nigdzie się nie spieszy. Nie dominuje nad instrumentami – raczej zaznacza swoją obecność, stając się kolejną warstwą tego ciężkiego brzmienia. Całość spina prosta, ale miażdżąca perkusja, podparta gęstym basem, który nadaje kompozycji głębi i charakterystycznego rezonansu.

To nie jest darcie. To sposób śpiewania

Największym zaskoczeniem koncertu GMOH nie były jednak riffy ani groove. Był nim… wokal.

Po koncercie zapytałem o opinię kilka osób, które na co dzień nie słuchają ekstremalnego metalu. Osoby wrażliwe na ostre brzmienia, dla których growl i scream zwykle oznaczają po prostu krzyk. Ich odpowiedź zaskakiwała. Nie mówili o hałasie. Mówili, że Marcin po prostu bardzo dobrze śpiewa.

I właśnie to wydaje się największą siłą jego wokalu. Growl i scream nie dominują muzyki. Są jej naturalną częścią. Brzmią surowo, agresywnie i dokładnie tak, jak wielu wyobraża sobie ekstremalny metal. Dla jednych będzie to brzmienie wręcz demoniczne, dla innych mroczne i niepokojące. Jednocześnie nie przytłacza. Nie męczy. Nie sprawia wrażenia krzyku dla samego krzyku.

To wokal, który buduje klimat, zamiast z nim rywalizować.

Melodia zostaje na dłużej

Choć GMOH buduje swoje brzmienie na ciężkich riffach, gęstym basie i bezkompromisowej sekcji rytmicznej, prawdziwą wisienką na tym smolistym torcie są gitarowe partie, które nadają ich muzyce wyjątkowy charakter. To one prowadzą słuchacza przez orientalne motywy, momenty wyciszenia i przestrzeń, pozwalając w pełni wybrzmieć atmosferze utworów.

Dzięki nim blackened death metal przestaje być wyłącznie ścianą dźwięku,

a staje się opowieścią, w której mrok nie tłumi emocji, lecz wydobywa je na pierwszy plan. I być może właśnie dlatego, gdy koncert dobiega końca, w pamięci zostają nie tylko potężne riffy, ale przede wszystkim melodie, które przez cały czas prowadziły tę muzyczną podróż.

Jeśli do tej pory blackened death metal wydawał Ci się jedynie ścianą hałasu, daj GMOH kilka minut. Obejrzyj koncert i przekonaj się, jak wiele melodii, klimatu i emocji potrafi kryć się pod tą smolistą warstwą dźwięku.