Anielska i diabelska

strona death metalu
Fot. Bartłomiej Wierzba
Wokalistka na scenie podczas koncertu, oświetlona ciepłymi czerwono-pomarańczowymi reflektorami. Stoi z uniesioną ręką, w tle widoczne światła sceniczne i fragmenty statywów mikrofonowych, tworzące klimatyczną, koncertową atmosferę.

Death metal potrafi być zaskakująco melodyjny

Od dawna zresztą podkrada patenty z klasyki — harmonie, dramatyzm, skale — więc to, co na pierwszy rzut ucha wydaje się czystą agresją, często ma fundamenty bliższe muzyce symfonicznej, niż mogłoby się wydawać. W szczególności w odmianach technicznych czy melodyjnych pojawiają się struktury, które bez problemu odnalazłyby się w orkiestrze. W tym kontekście operowy wokal nie jest żadnym dziwnym dodatkiem — on po prostu naturalnie wchodzi w tę przestrzeń, operując na podobnej skali emocji: od patosu po tragedię.

Kluczem jest jednak kontrast

Zderzenie growlu — ciężkiego, ziemistego, fizycznego — z operą, która niesie czystość, powietrze i kontrolę, buduje napięcie. A napięcie rodzi emocje. To trochę jak światło i cień — jedno bez drugiego traci swoją siłę.

Zresztą sam death metal bardzo szybko przestał być wyłącznie bezpośrednią, surową ekspresją. Scena zaczęła ewoluować, a zespoły szukały własnego języka. Pojawiły się symfoniczne aranżacje, chóry, operowe żeńskie wokale i wysokie męskie głosy. Z czasem przestały być jedynie ozdobnikami, stając się integralną częścią kompozycji — jak u Fleshgod Apocalypse czy Septicflesh, gdzie tworzą już spójną, przemyślaną całość.

Dużą rolę odegrały też wpływy innych gatunków

Gothic i symphonic metal od dawna oswajały słuchaczy z operowym śpiewem, więc death metal — szczególnie europejski — zaczął adaptować te rozwiązania na własnych zasadach, często w bardziej ekstremalnej formie.

Za tym wszystkim stoi też ambicja. Wielu muzyków nie chce już tworzyć tylko „kawałków” — myślą bardziej jak twórcy ścieżek dźwiękowych. Opera daje skalę, dramaturgię i filmowość, której sam growl nie zawsze jest w stanie unieść.

Dlatego to połączenie nie jest przypadkiem ani dziwactwem. To naturalna ewolucja gatunku, który od początku miał w sobie więcej muzyki, niż sugerowała jego powierzchowna brutalność. Dwa oblicza — ciężar i siła brzmienia zderzone z wyniosłym, niemal eterycznym śpiewem. Bo każdy człowiek ma dwie strony — jedną anielską, drugą diabelską.

I każda chce się w jakiś sposób pokazać…

A żeby potwierdzić powyższe słowa, Wajbzz prezentuje najbardziej operowy przykład death metalu, jaki możecie usłyszeć w naszej okolicy — na wrocławskiej scenie. Przed Państwem zespół Noctulis!