Vae Solis

w klubie Liverpool, Wrocław 2026
Fot. Piotr Tubis
Vae Solis podczas koncertu we Wrocławiu w ramach wydarzenia „Brudna Odra” – wokalista Inferatu na scenie w czerwonym świetle, w tle gitarzyści i perkusista zespołu.

29 maja 2026 roku, klub Liverpool we Wrocławiu. Na scenie Vae Solis – zespół, który bierze black metalowy mrok, deathmetalową siłę i dokłada do nich coś, czego początkowo wcale się nie spodziewasz: piękno.

Są koncerty, podczas których po prostu słuchasz muzyki. Są też takie, podczas których zaczynasz się zastanawiać, co właściwie się wydarzyło przed chwilą. Występ Vae Solis należał do tej drugiej kategorii.

Black / death metal z mocnymi wpływami symfonicznymi brzmi na papierze jak kolejny gatunkowy opis. Na żywo okazuje się jednak czymś znaczniej bardziej złożonym. Vae Solis potrafi w jednej chwili zaatakować surowym riffem, blastami i rozdzierającym screamem, by kilka sekund później całkowicie zmienić atmosferę. Wchodzą syntezatory, pojawiają się orkiestrowe motywy przypominające brzmienie organów, gitary zaczynają opowiadać zupełnie inną historię, a głos Inferatu przechodzi z ekstremalnego krzyku w czysty, męski śpiew.

I właśnie wtedy zaczynasz rozumieć, że nie oglądasz zespołu, który chce po prostu zagrać ciężki koncert. Vae Solis chce Cię gdzieś zabrać. Żeby zrozumieć dokąd, trzeba przyjrzeć się pięciu osobom stojącym na scenie.

Inferatu, Filip i Duch podczas koncertu | Fot. Piotr Tubis

Architekt Niko Woodward

Jeżeli Vae Solis jest budowlą, Niko Woodward wydaje się być jednym z jej głównych architektów.

Gitarzysta, który założył zespół jeszcze w latach 90., jest człowiekiem mocno związanym z DNA tej formacji. To właśnie z jego udziałem powstają kompozycje, które później przechodzą przez ręce całego zespołu. W procesie tym uczestniczy również Duch – tajemnicza postać, której prawdziwej tożsamości zespół dotąd nie ujawnił.

Niko Woodward podczas koncertu | Fot. Piotr Tubis

Obaj prawdopodobnie znają się jeszcze z czasów, gdy grali black metal na Ukrainie. I trudno nie zastanawiać się, czy właśnie tam należy szukać części odpowiedzi na pytanie, dlaczego Vae Solis brzmi tak, jak brzmi.

Bo ich muzyka nie jest prostym odtworzeniem blackmetalowego schematu. Oczywiście znajdziemy tutaj charakterystyczne, ostre brzmienie gitar, kostkowanie pojedynczych strun budujące melodie, szarpanie całych akordów, power chordy i riffy, które potrafią zabrzmieć dokładnie tak, jak wyobrażasz sobie prawdziwy black metal. Ale pod tą warstwą jest coś jeszcze.

Niko Woodward grający partię solową | Fot. Piotr Tubis

Melodie gitarowe mają w sobie charakter, który sprawia, że nie są wyłącznie narzędziem do budowania ciężaru. One prowadzą opowieść. Niko potrafi stworzyć riff drapieżny i agresywny, aby chwilę później pozwolić gitarze przemówić zupełnie innym językiem. Najlepiej słychać to w momentach, kiedy Vae Solis odpuszcza na chwilę ekstremalny atak. Pojawia się piękna melodia. Inferatu zaczyna śpiewać. Atmosfera zmienia się niemal natychmiast. I wtedy Niko wchodzi z solówką.

Nie jest to bezmyślne popisywanie się szybkością. Owszem, pojawiają się niezwykle szybkie fragmenty, kostkowanie, bindy i momentami wręcz zadziwiający tapping. Jednak wszystko podporządkowanie jest melodii. Solówka nie brzmi jak przerwa na pokazanie umiejętności gitarzysty. Ona jest kolejną częścią historii. I właśnie dlatego potrafi zwalić z nóg.

Duch – człowiek z cienia

Duch jest chyba najbardziej niezwykłą postacią w całej układance. Nie znamy jego prawdziwego imienia. Nie pokazuje twarzy. W materiale Wajbzz został przedstawiony właśnie jako „Duch” – i trudno o lepszą nazwę dla człowieka, który pozostaje gdzieś na granicy widzialności – ale muzycznie jego obecność jest bardzo wyraźna.

Duch | Fot. Piotr Tubis

Gitara Ducha razem z gitarą Niko tworzy fundament, na którym Vae Solis buduje swoje ciężkie partie. Jedna gitara nie próbuje zagłuszyć drugiej. Obie pracują razem, dzięki czemu charakterystyczny atak blackmetalowych riffów zyskuje odpowiednią głębię. Duch pomaga również Inferatu wokalnie.

I to kolejny element, którego nie należy przeoczyć. Vae Solis nie jest zespołem, w którym wokalista funkcjonuje samotnie na pierwszym planie. Głosy potrafią się uzupełniać, wzmacniać atmosferę i sprawiać, że określone fragmenty brzmią szerzej, niż mogłyby zabrzmieć przy jednym wokalu. Jest w tym coś symbolicznego.

Zespół Vae Solis | Fot. Piotr Tubis

Niko buduje konstrukcję. Inferatu nadaje jej głos. Marcin i Filip planują, żeby wszystko miało odpowiednią siłę i tempo, a Duch? Jest wszędzie tam, gdzie trzeba połączyć te elementy. I być może właśnie dlatego jego tajemniczość działa tak dobrze. Nie musisz wiedzieć, kim jest. Wystarczy, że słyszysz co robi.

Inferatu – głos światła i mroku

Inferatu to człowiek, który potrafi w ciągu jednego utworu pokazać dwie zupełnie różne twarze. Najpierw słyszysz scream. Potężny, agresywny, zanurzony w black / deathmetalowej stylistyce. Wokal pcha utwór do przodu razem z gitarami i perkusją. A potem wszystko się zmienia. Pojawia się przerywnik. Syntezator. Orkiestrowy motyw. Gitara przestaje być jedynie narzędziem ataku i zaczyna budować melodię. A Inferatu zaczyna śpiewać.

Inferatu | Fot. Piotr Tubis

Nie jest to przypadkowe oderwanie od reszty kompozycji. Jego czysty wokal pozostaje niezwykle rytmiczny. Słychać, że dokładnie wie, kiedy wejść, gdzie zakończyć frazę i jak utrzymać linię melodyczną. Co ważne – te melodie nie są przesadnie skomplikowane i bardzo dobrze. Ich siła polega na tym, że są proste, pełne energii i emocji.

W jednej chwili człowiek stojący pod sceną dostaje blackmetalowy cios prosto w klatkę, a chwilę później słyszymy męski głos śpiewający piękną melodię. I właśnie tutaj Vae Solis robi coś, co szczególnie mocno mnie uderzyło. Łączą piękno i ciężar. Mrok nie istnieje tutaj bez światła. A światło nie byłoby tak mocne, gdyby chwilę wcześniej nie otaczała go ciemność.

Ekspresja Inferatu uchwycona na kliszy | Fot. Piotr Tubis

Może właśnie dlatego muzyka Vae Solis ma w sobie tę dziwną, romantyczną aurę. Jest brutalna, ale jednocześnie potrafi być piękna. Jest surowa, ale nie pozbawiona melodii. Jest ekstremalna, ale potrafi zostawić przestrzeń na oddech. I kiedy po takim fragmencie znowu wchodzą mocniejsze gitary i perkusja, efekt jest jeszcze mocniejszy.

Marcin – rytm, którego nie zatrzymasz

A skoro o uderzeniu mowa – czas na Marcina. Co ten człowiek robi za perkusją. Podczas koncertu jego stopa potrafi pracować tak szybko, że bez odpowiednich narzędzi właściwie przestajesz próbować liczyć kolejne uderzenia. Blast beaty i podwójna stopa stają się jednym wielkim, precyzyjnym mechanizmem.

Marcin w skupieniu podczas koncertu Vae Solis | Fot. Piotr Tubis

Ale sama szybkość nie robi jeszcze takiego wrażenia. Największe robi dokładność. W materiale Wajbzz z koncertu, z dźwiękiem zmasterowanym przez Dimę ze Stam Studio we Wrocławiu, słychać, że ta perkusja nie jest przypadkowym chaosem. Każde uderzenie ma swoje miejsce. Nic nie zaczyna żyć własnym życiem. Nic się nie rozjeżdża. Marcinowi przy tym towarzyszy charakterystyczny grymas na twarzy. I właściwie trudno się dziwić.

Patrząc na niego, mam wrażenie, że nie wykonuje po prostu kolejnego utworu. On walczy z instrumentem i jednocześnie całkowicie się w nim zanurza. Co ciekawe, jego największą zaletą nie jest wyłącznie ekstremalna szybkość. To również umiejętność jej kontrolowania.

Marcin, przyjaciel zespołu i Filip przed występem | Fot. Bartłomiej Różycki

Bo Vae Solis nie gra przez cały koncert na jednym poziomie intensywności. Po szybkich partiach przychodzą fragmenty wolniejsze, stabilniejsze, bardziej przestrzenne. A przejście z ekstremalnej prędkości do spokojnego rytmu wcale nie jest oczywiste. Wręcz przeciwnie. Czasem łatwiej jest rozpędzić się z wolnego tempa, niż z ogromnej prędkości nagle zwolnić i nadal pozostać idealnie w rytmie. Marcin robi to bez widocznego problemu.

A na tym jego zadanie się nie kończy. Podczas koncertu obsługuje również syntezatory przygotowane specjalnie na potrzeby występu. Dzięki temu symfoniczne warstwy utworów nie znikają na żywo, ale pozostają częścią całej konstrukcji. To bardzo ważne, bo dzięki temu Vae Solis nie brzmi jak zespół, który próbuje odtworzyć płytę. Vae Solis brzmi jak pełna formacja.

Strażnik bramy Filip

Na końcu zostaje Filip – basista – i mam wrażenie, że patrząc na niego podczas koncertu można odnieść wrażenie, że stoi tam ktoś, kto pilnuje wejścia do całego świata Vae Solis. Wielki wojownik przy bramie.

Filip podczas koncertu Vae Solis | Fot. Piotr Tubis

Nie musi być najbardziej ekspresyjny. Nie musi wychodzić przed szereg. Jego zadanie jest inne. Ma pilnować, żeby ta brama ani na moment się nie otworzyła w niewłaściwym miejscu. Jego multiskalowy bas jest głęboko osadzony w całym brzmieniu zespołu. Filip podkreśla uderzenia Marcina, nadaje im ciężaru i jednocześnie zapewnia muzyce feeling, którego nie dałoby się uzyskać samymi gitarami.

Warto przyjrzeć się jego prawej dłoni podczas koncertu. Widać tam pracę, która może umknąć przy pierwszym oglądaniu całego zespołu. Bas nie jest jedynie tłem dla gitar. On niesie ten zespół od dołu. Dzięki Filipowi gitary mogą być agresywne, Marcin może przyspieszać, Inferatu może przechodzić między screamem a śpiewem, a syntezatory mogą otwierać kolejne przestrzenie. I wszystko nadal stoi.

Strażnik Głębi | Fot. Piotr Tubis

Filip przy tym jest niezwykle stonowany, ale słyszalny. Bardzo słyszalny. Jego precyzja sprawia, że Vae Solis ma fundament pozwalający na niezwykle dokładne wykonywanie zaplanowanych partii. Patrząc na cały zespół, trudno oprzeć się wrażeniu, że każdy element koncertu został wcześniej dokładnie przemyślany. Tu nie ma przypadkowych ruchów. Nie ma wrażenia, że muzycy dopiero podczas koncertu zastanawiają się, co wydarzy się za chwilę. Oni wiedzą. A Ty nie. I właśnie dlatego możesz się zaskoczyć.

Kiedy mrok staje się piękny

W tym tkwi największa siła Vae Solis. Dostajesz surowy black / death metal, ale co chwilę zespół potrafi zaskoczyć – ekstremalny wokal ustępuje pięknej melodii, pojawiają się syntezatory i orkiestrowe motywy, Inferatu melodyjnie śpiewa, a Niko odpowiada przepiękną solówką. Po chwili wszystko znów eksploduje ciężarem. Pięciu muzyków tworzy jeden organizm. Opowiadają o świetle i mroku, agresji i pięknie, pokazując, że ekstremalna muzyka może mieć w sobie romantyzm. Po tym koncercie zostaje coś więcej niż hałas, a jeśli nie mieliście okazji ich poznać na żywo zapraszam do namiastki tego, o czym napisałem wyżej.

Mastering audio wykonał Dima ze Stam Studio.