Są koncerty, podczas których wszystko dzieje się szybko. Kolejny numer, kolejny riff, kolejne światło, kolejny moment, który ma porwać publiczność. NOOMN działa zupełnie inaczej.

NOOMN podczas koncertu w klubie Łącznik | Fot. Piotr Tubis
Tutaj muzyka nie chce się spieszyć. Wrocławski post-progressive doom-metalowy projekt buduje swoje kompozycje powoli, pozwalając im oddychać. Partie gitar pojawiają się jak kolejne warstwy, bas potrafi długo prowadzić melodię, a perkusja cierpliwe buduje napięcie.
Kiedy przychodzi moment kulminacyjny, gitarowy riff i potężny rytm nie brzmią jak przypadkowy wybuch energii. Są konsekwencją wszystkiego, co wydarzyło się przed chwilą. I właśnie dlatego koncert NOOMN bardziej przypomina jedno spójne doświadczenie niż serię kolejnych utworów.
Muzyka, która potrzebuje czasu

Kai stroi gitarę przed koncertem | Fot. Bartłomiej Wierzba
Kompozycje NOOMN są długie, ale trudno nazwać je rozwleczonymi. To istotna różnica.
Zespół zostawia przestrzeń na atmosferę. Wiele fragmentów brzmi jak wstęp do czegoś, co dopiero ma nadejść. Gitara wykorzystuje pogłosy, delaye, dzięki którym tworzy wokół podstawowej melodii kolejne warstwy. Czasami trudno nawet powiedzieć, gdzie kończy się konkretny instrument, a zaczyna przestrzeń wokół niego.
Potem pojawia się bas Jacka. Melodyjny, zdecydowany i bardzo obecny. Raz prowadzi muzykę długą frazą, innym razem wystarczy kilka mocnych uderzeń, żeby przypomnieć, gdzie znajduje się jej fundament.

NOOMN podczas próby dźwięku | Fot. Bartłomiej Wierzba
Nad wszystkim pracuje perkusja Pawła. Skomplikowana, ale nieprzekombinowana. To właśnie jego gra najmocniej pokazuje progresywną stronę NOOMN. Rytm potrafi zmienić charakter całej kompozycji, a kiedy pojawia się mocniejszy beat, Paweł nie próbuje ukryć emocji. Uderza mocno, reaguje całym ciałem, momentami wręcz krzyczy razem z muzyką.
A później znowu przychodzi wyciszenie
Trzech ludzi, trzy różne energie

Oni to NOOMN | Fot. Bartłomiej Wierzba
NOOMN tworzy trzech muzyków: gitarzysta i wokalista Kai, basista Jacek oraz perkusista Paweł. Każdy z nich na scenie robi coś zupełnie innego.
Jacek jest niezwykle precyzyjny.

Basista zespołu NOOMN – Jacek | Fot. Bartłomiej Wierzba
Gra na basie palcami i potrafi przejść od szybkich, wymagających partii do pojedynczych, mocnych dźwięków, które w odpowiednim momencie brzmią niemal jak sygnał. Nie próbuje być na pierwszym planie, ale trudno nie zauważyć, jak ważną rolę pełni jego instrument.
Paweł jest całkowicie skupiony na swoim rzemiośle.

Perkusista zespołu NOOMN – Paweł | Fot. Piotr Tubis
Przy tak rozbudowanych kompozycjach trudno zresztą o inne podejście. Widać, że kontroluje każdy element, ale jednocześnie pozwala sobie reagować na muzykę. Kiedy NOOMN przyspiesza i uderza mocniej, on również staje się jej częścią w bardziej fizyczny sposób.
Kai jest natomiast najbardziej nieprzewidywalny.

Gitarzysta i wokalista zespołu NOOMN – Kai | Fot. Bartłomiej Wierzba
To nie tylko gitarzysta i wokalista. To przede wszystkim sceniczny artysta. Jego ruchy często mówią więcej niż sam wokal. Przygląda się publiczności, jakby próbował sprawdzić, czy wszyscy znajdują się dokładnie w tym samym miejscu emocjonalnie. Chwilę później macha rękami, pochyla się, porusza głową albo daje się całkowicie ponieść melodii.
Kiedy pojawia się wokal, jest podobnie różnorodny jak muzyka. Są spokojniejsze partie, krzyk, wielogłos, głos przepuszczony przez efekt przypominający radio, a nawet medytacyjne „ommm”, które w połączeniu z przestrzennym brzmieniem gitary powoduje skojarzenia z czymś znacznie starszym niż współczesny koncert.
I wtedy można odnieść wrażenie, że Kai na scenie nie tyle występuje, co odsłania inną wersję siebie.
Rytuał zamiast przerwy

Kai podczas przerwy miedzy utworami | Fot. Bartłomiej Wierzba
Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów koncertu są momenty pomiędzy utworami. Nie ma tam zwykłej koncertowej ciszy.
Pojawia się bicie serca. W tle słychać śpiew ptaków
Muzycy mają chwilę, żeby przygotować się do kolejnego numeru. Publiczność natomiast zostaje w tym dźwiękowym zawieszeniu. Po kilku minutach oglądania zespołu nagle nie trzeba niczego robić. Można po prostu słuchać.
W czasach, w których koncerty często próbują utrzymać uwagę odbiorcy poprzez ciągłą zmianę bodźców, NOOMN robi coś odwrotnego. Zabiera część z nich.
I właśnie dlatego te przerwy nie wybijają z rytmu. One go podtrzymują. Cały występ został pomyślany jako jedna kompozycja. Kolejne utwory nie funkcjonują tutaj jak osobne wyspy. Przechodzą jeden w drugi, a atmosfera budowana jest również pomiędzy nimi.
Można powiedzieć, że NOOMN nie gra po prostu set listy. NOOMN przeprowadza przez nią publiczność.

Set lista NOOMN | Fot. Piotr Tubis
Światło, obraz i dźwięk
Żeby taki koncert zadziałał, sama muzyka nie wystarczy. W klubie Łącznik na terenie wrocławskiej Czasoprzestrzeni ogromną rolę odegrało światło. Basia, odpowiedzialna za oświetlenie klubu, stworzyła na scenie przestrzeń, która bardzo dobrze współgra z charakterem NOOMN.

Światło było piękne | Fot. Bartłomiej Wierzba
Zamiast zwykłego oświetlenia muzyków pojawiło się coś znacznie bardziej teatralnego. Cienie, kolory i kierunek światła sprawiały, że scena momentami przypominała mi świątynię.
Do tego dochodziły wizualizacje przygotowane przez sam zespół. Na ekranie pojawiały się obrazy związane z energią, światłem i ogniem, kosmiczne kształty, gałki oczne, natura, lasy i dzikie zwierzęta. Były tam również odniesienia polityczne. Nie wyglądało to jednak jak przypadkowy zestaw efektownych obrazów puszczonych w tle. Wizualizacje były kolejną warstwą tego samego przedstawienia.

Wizualizacje NOOMN | Fot. Piotr Tubis
Jeśli muzyka mówiła o emocjach, przestrzeni i przemianie, obraz pozwalał te rzeczy zobaczyć. W efekcie scena przestawała być tylko miejscem, na którym stoi trzech muzyków. Stawała się częścią opowieści.
Underground, który nie potrzebuje wielkiej sceny
NOOMN jest projektem undergroundowym. I właśnie dlatego cały ten koncert robi jeszcze większe wrażenie. Nie potrzeba wielkiego festiwalu, ogromnego budżetu ani kilkunastu osób pracujących za kulisami, żeby stworzyć przemyślane widowisko.
Potrzebny jest pomysł
Tutaj ten widać niemal w każdym elemencie: od konstrukcji utworów, przez kolejność setlisty, sposób wykorzystania wokali i efektów, aż po światło, wizualizacje oraz dźwięki pojawiające się pomiędzy kolejnymi kompozycjami. Wszystko ma swoje miejsce.

Hipnotyzujące oko | Fot. Bartłomiej Wierzba
I może właśnie dlatego określenie „hipnotyzujący” pojawia się przy NOOMN tak często. Nie chodzi wyłącznie o brzmienie. Chodzi o sposób, w jaki zespół zarządza czasem i uwagą słuchacza. Najpierw każe mu czekać. Potem daje mu riff.
Tego koncertu nie dało się zagrać inaczej
Patrząc na NOOMN z perspektywy całego występu, trudno wyobrazić sobie, żeby ten koncert mógł wyglądać inaczej. Te utwory potrzebują czasu. Potrzebują przestrzeni. Potrzebują światła, obrazu i momentów ciszy. Potrzebują również publiczności, która pozwoli m wybrzmieć.
I właśnie dlatego nie jest to muzyka, którą najlepiej się opisuje pojedynczym gatunkiem. Post-progressive doom metal mówi sporo o brzmieniu NOOMN, ale niewiele mówi o tym, co dzieje się podczas koncertu. Bo tego koncertu nie tyle się ogląda.
Tego koncertu się doświadcza

„Doświadczenie” | Fot. Bartłomiej Wierzba
Trzech muzyków, światło, wizualizacje, bicie serca, śpiew ptaków, ciężkie i melodyjne riffy oraz bas, potężna perkusja i wokal pojawiający się dokładnie wtedy, kiedy jest potrzebny. A kiedy wszystko się kończy, zostaje dziwne poczucie, że właśnie wydarzyło się coś, czego nie da się do końca odtworzyć słowami. Można natomiast włączyć NOOMN i sprawdzić samemu. Tylko trzeba dać im chwilę.
Oni naprawdę nigdzie się nie spieszą.
A tego w dzisiejszych czasach naprawdę potrzebujemy

